3,2,1... przenosimy się do świata filmu! Proszę się nie zdziwić, gdy: a będę wciąż i wciąż adorować Johnego Deppa b nie będę adorować Toma Cruise c będzie trochę plotek -w końcu jestem baba żyjąca w świecie ogarniętym Pudelkomanią START!
Kategorie: Wszystkie | Obejrzane | Ploty! | Postaci kina | Zapowiedzi
RSS
wtorek, 28 września 2010
Na stronnicach Stowarzyszenia umarłych poetów...

Nie wiem jakie jest wasze zdanie na temat ekranizacji filmów. Nie mówię o takich  ekranizacjach... no powiedzmy które mają na celu przybliżenie nam w przystepny sposb dobytku kulturowego ("Zemsta" "Pan Tadeusz" "Trylogia" Sienkiewicza). Chodzi mi trochę ote powiedzmy z półki rozrywkowej. Przy każdejz  nich występuja spory czy film dokładnie odzwierciedla to co zostało napisane.

Dzieki N. H. Kleinbaum mamy doczynienia z sytuacją odwrotną, ona na podstawie świetnego scenariusza Tom Schulmana (oskar za scenariusz w 1990roku) stworzyła książke.  Możnaby powiewdzieć, że ot rzadna sztuka. A jednak sztuka. Sztuka udana. W książce nie brakuje nic. I chociaz przeżywałam tą historię w kinie to czytając książkę przeżyłam ją ponownie. To co zostało opisane wzrusza. Nie brakuje niczego.

Szczerze mówiąc nie rozumiałam wczesniej po co czytac książkę, skoro widziało się film. Teraz doskonale rozumiem. Powiem więcej. Troche załuje że najpierw nie przevczytałam ksiązki. Obrazy w mojej wyobrazni byłyby bardziej abstrakcyjne, a tak no niestety (z całym szacunkiem dla genialnego Robina Williamsa) wciąż widziałam aktorów.

A co jesli chodzi o zakończenie. Fakt wiedziałam, ze jest tragiczne. Wiedziałam, że zakończy się niespodziewana i tragiczną śmiercią chlopaka. Ale i tak czytałam z wypiekami, chciałam zobaczyć jak to zostanie opisane, czy okolicznosci beda analogiczne do tych z filmu. Były.

W zasadzie nie widziałam w książce odstepstw od scenariusza, I chyba zaczne się przekonywac do tego typu ksiażek. I jesli mogę o coś prosić Panów z wydawnictw literackich to poproszę o przekład jakiegos filmu z Deepem z ilustracjami na których widnieją główni bohaterowie (Deep!)

 

23:04, zanusia87
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 września 2010
O Miłości słów kilka, czyli jak TO się robi w komediach romantycznych....

Nie ulega wątpliwości, że an miłość czekamy, przeżywamy ją, miłość się zaczyna, miłość się kończy, miłość trwa wiecznie, nie przemija i takie tam. No chcemy czy nie chcemy to w nią wierzymy. Taka jest prawda. jednych spotyka częściej, innych rzadziej, jeszcze innych wcale (ale oni też jej chcą chociaż się nie przyznają). Bądźmy szczerzy czy jest coś przyjemniejszego niż mieć świadomość, że się kocha z wzajemnością?

O miłości powstało tak wiele filmów, ze właściwie nie zawaham się powiedzieć, że w 99 proc. filmów mamy do czynienia z wątkiem miłosnym. Ale powiedzmy sobie o innym zjawisku, mianowicie miłość w tytule filmu. I nad tymi tytułami chciałabym właśnie na chwilkę się porozwodzić. w zasadzie poruszę tylko tytuły filmowy, które lubię, które mi się spodobały, i o których warto powiedzieć. Oczywiście nie ukrywam, że z pewnością są takie których nie widziałam, a których tytuły zawierają słowo 'miłość", ale obiecuję się poprawić i pozostałe też zobaczyć.

Dobra to zacznijmy od początku. czyli od wczoraj. wczoraj obejrzałam sobie:

1. "To właśnie miłość"

Kilka wątków tytułowej miłości. Hugh Grant jako premier zakochany w  swojej pracownicy.Jego siostra (Emma Thomson) zdradzana przez męża (Alan Rickman), mąż mający romans z sekretarką. Pisarz zdradzony przez żonę z własnym bartem, zakochujący się w sprzątaczce.  Młody mężczyzna zakochany w żonie (Keira Knightleyl) najlepszego przyjaciela. Wdowiec, opłakujący ukochaną, opiekujący się jej synem, który również sie zakochał. I gwiazda rocka, zakochany platonicznie w swoim przyjacielu-managerze. Wszystko w atmosferze Bożego Narodzenia. Wiele wątków. Wilka miłość. Trochę zbyt bajkowy obraz. Oglądajac cieszyłam się w raz z bohaterami, ze to wszystko tak pięknie im się ułożyło. Ale po prostu w to nie  wierzyłam. Zbyt bajkowe. Mało wiarygodne. Na ogromny plus zasługuje gra aktorska. Ale gdy obsadza sie Hugh Grant to musi się udać. Film dostał kilka nominacji (Złoty Glob -najlepszy scenariusz, najlepsza komedia)  i kilka prestiżowych nagród (Bafta -Najlepszy aktor drugoplanowy, Bil Nighy). Dlatego trudno mi podważać jego wartość rozrywkową. Dobry, ale nie zachwycający. I to co mogłoby się wydawać najbardziej przeszkadzające w oglądaniu - kolaż historii, jest jak najbardziej fajne i wartościowe.

poniedziałek, 20 września 2010
Idzmy "Na boso" zastanawiając się i .... a co tam : czyńmy dobro!!!

Nawiąże do "Na Boso"(2007) filmu który nie odniósł spektakularnego sukcesu. Chociaż we mnie coś jednak wzbudził. W zasadzie to samo co w bohaterach. Refleksje nad życiem. Pokazał, że gnamy nie wiedząc dokąd. Bez celu, bez sensu. Nie dostrzegamy tego czego na prawdę potrzebują nasi bliscy. Często łatwiej nam tego nie widzieć bo przecież my też mamy swoje problemy. Niech oni nam pomogą, albo chociaż nie przeszkadzają.

Reżyser Piotr Matwiejczyk pokazał historię. niby banalną, a w każdym razie ... no cóż. Siedemnastolatka rzuca szkołę i tnie się w wannie. Sama ma świadomość tego, że jest inna. Do tego dochodzi jeszcze konflikt z potencjalną macocha. Może nie jest to film tej rangi co "Plac Zbawiciela". I gdybym miała go oceniać, na 10 przyznałabym jakieś 5-6pkt. Ale ja nie o tym. Chodzi o to, że zrealizowany przez 7dni film, przez niezbyt popularnego reżysera. No znana za to jest obsada. Gwiazdorska obsada ( Mirosław Baka, Agnieszka Wagner, Sylwia Juszczak, Marcin Dorociński, Teresa Sawicka).

Chciałabym zwrócić uwagę na Marcina Dorocińskiego. I wcale nie ze względu na walory estetyczne. To na prawdę świetny, wiarygodny aktor. Z pewnością jego warunki fizyczne jeszcze bardziej podkreślają jego niesamowitość. Ale to co manifestuje w prawie każdym z wywiadów, ze nudzi go granie amantów jest w  pełni zrozumiałe. Grając postaci z "charakterem" również wypada świetnie. Moim skromnym zdaniem 'Ogród Luizy" i „Rewers” dzięki temu panu są po prostu świetne. Ale o tych produkcjach kiedy indziej.

Nadmieńmy jeszcze nazwisko Sary Muldner. Odtwórczyni głównej roli. W zasadzie dziewczynki z "Na dobre i na złe". Tutaj jak i w serialu przeszkadza mi jej wada wymowy. Strasznie szeleści. Ale ma urok i niepokój. A to przy odtwarzaniu tej roli niezwykle istotna.

Hmmm miałam nie rozwodzić się nad aktorami a zagłębić w przesłaniu polskich produkcji mających charakter dramatu. Ta ma. I wzrusza i zastanawia. I w zasadzie cieszę się, bo nie cierpię oglądać filmów które nic nie wnoszą i marnują czas. Tutaj czas został zagospodarowany przyzwoicie. Także... rozpatrzę założenie kącika; refleksyjno zastanawiającego. Takiego gdzie można by rozpatrywać tą tematykę. tematykę ważną dla kinematografii. Niestety życie nie zawsze jest usłane różami i dobrze, że jest takie kino. Dobrze, że w Polsce powstają takie filmy. Że można obejrzeć coś innego niż morderstwa w "W11". Ze można usiąść, uwierzyć w to co się stało na ekranie, zastanowić się i może powoli zmieniać nasze życie na lepsze.

Także idźmy "na boso" zastanawiając się i .... a co tam : czyńmy dobro!!!

piątek, 17 września 2010
Wydawałoby się, że więzi rodzinne to banalny temat....

C.R.A.Z.Y

Amelia w wersji hard extreme? Właśnie to okreslen9ie odnalazłam przed chwilą w sieci dla filmu, który widziałam przed trochę dłuższą chwilą, za sprawą "Ale Kina!" ps. chyba coraz bardziej zacznę się kierować repertuarem tej stacji. Nawiązanie do Amelii pewnie z 2 powodów. Sposób narracji i język narracji. O jest chyba i trzeci powód. Otóż z bohaterem przebywamy od jego dzieciństwa do lat dorosłych. Kiedy to już chyba wie kim chce być i jak chce żyć.

Osią filmu jest miłość. Miłość trudna. aczkolwiek pokonująca przeciwstawności losu. Mimo tych wielu obszarów uczucia. Najbardziej uwydatniona jest miłość ojca do syna, syna do ojca. Syna... homoseksualisty. Zaca Beaulieu, przychodzi na świat  w 1960 roku. W Wigilie Bożego narodzenia. Zdaniem jego matki to już świadczy o jego niezwykłości. Ma 3 starszych braci i jednego młodszego. Ojciec nie potrafi jak jest to złośliwie komentowane płodzić córek.

Ale wróćmy do związku ojca z synem, jest on poruszający, interesujący, zmusza do refleksji. początkowo Zac był oczkiem w głowie ojca. Spędzali razem czas, jeździli na frytki. Sytuacja się zmieniła gdy ojciec zauważył że Zac jest inny delikatny, często się wzrusza. Była tez jedna rzecz której ojciec szczególnie nie znosił, a może się bał. Słowo "pedzio", mówiło wszystko. Po ty jak ojciec nakrył Zaka opiekującego się bratem w szlafroku i koralach matki zmienił ten całkowicie swoje nastawienie do syna. Chciał go wychowywać na twardego mężczyznę. nie mógł przeboleć, że może on być "inny". Nie tylko ojciec lęka się o orientacje syna, sam Zac modli się aby być "zdrowym"

W zasadzie film jest dość długi i wielowątkowy, opowiadanie fabuły nie ma sensu. Po prostu należny go obejrzeć. Nie ma tu momentu na nudę, na zastanowienie się w trakcie. Wciąga od początku do końca żyjemy z tą rodziną. Boimy się o bohaterów. Zastanawiamy sie co zrobią, jak potoczą się losy. Tu nie ma postaci złych. każdy jest inny, charakterystyczny. Każdy ma swoją rację. A w filmie jak i w życiu wszystko i tak potoczy się wbrew oczekiwaniom, a może nawet chociażby zgodnie z nimi to i tak w zaskakujący sposób. Wydawałoby się że więzi rodzinne to banalny temat. A wcale nie! To trzeba zobaczyć!

A jeśli kogoś nie zachwyca moj zachwyt to warto zobaczyć chocby dla dzwięków. W roli głównej - David Bowie, Pink Floyd, Patsy Cline i The Rolling Stones.

środa, 15 września 2010
Joe Kidd , dumny posiadacz Grand Torino

Grand Torini jeden z filmów, które ubóstwiam. Twarduy weteran wojenny z uprzedzeniami rasistowskimi pomaga imigrantom. No i oczywiście ma broń palną i Grand Torino. ogólnie jest pomimo podeszłego wieku niezwykle odważny, mądry, pomocny itd. Nie ma się co rozwodzić. Wzrusza i tyle. Nie jedn film o emerytach, weteranach ogladaliśmy ale tu jest coś więcej.

Kolejny. A razcej wcześniejszy. Który przyniósł nominację do Oskara. Za wszelką cenę. mało wylewny facet, ukrywający bolesną tajemnicę z przeszłości, który ma swoje zasady i odzywa się wyłącznie wtedy, kiedy naprawdę musi.Postacie podobne. I tutaj wyłania nam się postać Clinta Eastwooda jako faceta z klasą, twardego i nie do pokonania.

Aktor wiele ma na koncie, ale ja i myślę że nie tylko ja kojarze go z 2 etapów życia aktorskiego. Po pierwsze z tego o którym już wspomniałam.Drugi to ten początkowy. Westerny. Szczerze mówiąc to trudno i patrząc na tamtego Clinyta uwierzyc ze ten terazniejszy to ten sam. Wiem wiem. czas leci. Zmarszczki i różne takie robią swoje. (tak na dowód - http://aleseriale.pl/gid,7249,img,246952,fototemat.html).  Ale to aktorstwo dziejse Clinta wydaje mi sie takie z wyższej półki. tamto, no coż facet kowboj strzelający do innego kowboja, a potemz  tego kowboja który nie jest juz kowboje leje się keczup. Nie no... daleko temu do sztuki wyższej z całym szacunkiem, ale MNasi 4 Pancerni byli bardziej realistyczni. I nie bardzo jak jest to tłumaczyć latami realizacji bo Pancernych (tu ciekawostka) skończono krecić w 1970 a np. Joe Kidd wyprodukowany został w 1972. Także przez 2 lata można było wyprodukowac bardziej realistyczną czerwoną ciecz.

Podsumowując to cenię Pana Clinta bardzo. No i jak na swoje lata to niezły z niego przystojniacha. Ale hmmm chyba zaczne zapominać o kreacjach Westernowych. Nie będziemy tutaj (narazie) dyskutować o talencie reżyserskim- niezaprzeczalnym. I w zasadzie mój wywód nie jest absolutnie zarzutem. WIdać jedynie coś pozytywnego. Rozwój.

 

A taki kiedyś był z niego Kowboj :)

Ale żeby nie było. Chyle czoła przed takimi Cudotwórcami Kina!

wtorek, 14 września 2010
Odkrycie kosmitów z 9letnim opóżnieniem.

k pax

Wstyd sie przyznać, ale wczoraj obejrzałam ten film pierwszy raz. 9lat opóźnienia... Nie obejrzałam go wcześniej nie dlatego, że o nim nie słyszałam. Właśnie dlatego, że słyszałam tego nie zrobiłam. Film o kosmitach. Nie lubię filmów o kosmitach! Jak dość poważny człowiek może je lubić? Szukając rozrywki możemy obejrzeć choćby "Na Wspólnej" czy "M jak miłość", ale nie film o kosmitach! O jedyny mój kontakt z tego rodzaju tematyką możemy oskarżyć Lema, bo jako lekturę obowiązkową w gimnazjum bodajże trzeba było czytać jego książki. One z całym szacunkiem dla Mistrza też nie wywierały na mnie wrażenia. Przyznam się w tym miejscu, że nawet Gwiezdnych Wojen nie oglądałam. A uwierzcie, że to nie było łatwe. Bo nie dość że wszyscy oglądali to jeszcze conajmniej 15razy w roku jest emitowany na tvp1 i tvp2. Udało mi się i chyba zacznę żałować. Żałować z kilku powodów. Po 1. filmy o kosmitach nie zawsze są o kosmitach (ten tekst chyba przeładowany jest słowem "kosmita"). Tak jak właśnie w przypadku K-Pax. Po 2.Bridges i Spacey to świetny duet. A po 3. jak się okazuję przybysze z kosmosu mogą nas ludzi wiele nauczyć o przyjaźni, miłości, o uczuciach w ogóle.

Iain Softley reżyserując film postarał się by pokazać głębie. Głębie duszy. Zmusić do głębszej refleksji. Może na początku zastanawiamy się tylko czy prot jest faktycznie K-Paxa. Później jednak zastanawiamy się już nad innymi rzeczami. Nad więzią pomiędzy lekarzem a pacjentem, między pajetami, między lekarzem a jego żoną. A w końcu i synem, z którym zresztą Mark Powell za namową, a raczej sugestią prota się spotyka.

Mogą mówić co chcą. Ja na prawdę wierze, że prot to kosmita. Dobra, można mówić że po prostu miał rozdwojenie osobowości. Pewnie w psychologii te wszystkie zjawiska można jakoś wytłumaczyć. Chociażby to co mówił podczas hipnozy, jakoby faktycznie był z innej planety. Ale dlaczego nie uwierzyć. Na te niecałe 2 godziny nie wierzyc w to że jest faktycznie inny rodzaj życia, który inaczej się rozmnaża, który nie zakłada rodzin. który może przybierać różne formy? Przecież tak wiele codziennie zaskakuje nas w okół. Dzieją się rzeczy niezwykłe. I ja wierze w ta niezwykłość, a przynajmniej wierzyłam podczas seansu. Prot jest był i będzie kosmitą. Teraz po nieudanej teleportacji będzie kosmitą tu na Ziemi.

niedziela, 12 września 2010
Broken flowers czyli jak za błędy z przed 20 lat można dostać z pięści w twarz

Szczęścia nie odnalazł to wiemy. Ale może właśnie to szczęście, którego szukał nie było tym, które było mu potrzebne? No trochę to filozoficzne. Wyświechtane i takie no "ponadczasowe paplanie" się robi, gdy zaczynamy o tym pisać, a co gorsza czytać. Ale właśnie taka myśl przyszła mi po obejrzeniu tego filmu.

Don Johnston (nie mylić z Donem Johnsonem) jest  hm... no na pewno kawalerem. Na pewno bogatym kawalerem, który dorobił się na komputerach nie posiadając w domu nawet jednego egzemplarza. Pewnego dnia, a właściwie w dniu gdy opuszcza go ostatnia narzeczona, otrzymuje anonimowy list. Dowiaduje się z niego, że ma 19-letniego syna. List nie jest podpisany a jedyne tropy, które mogą mu pomóc dotrzeć do niego i jego matki to to, że pisany jest różową czcionka, maszyną do pisania i zapakowany w różową kopertę.

Na pomysł odnalezienia syna nie wpada sam. Pomocny okazuję się być jego przyjaciel Winston (Jeffrey Wright) detektyw z zawodu i zamiłowania. Odnajduje adresy byłych "narzeczonych" Dona, ma to pomóc w odnalezieniu tej właściwej, będącej matka jego syna. Odwiedza on w sumie 5 pięknych kobiet, którym nie zawsze może się oprzeć. Wraca. Gdy już się poddał spotyka chłopaka, który w jego mniemaniu jest poszukiwanym synem. Ale czy to on? Odpowiedzi ja to pytanie nie poznajemy. Film właściwie nie ma zakończenia. Sami zastanówmy się jakbyśmy chcieli aby historia się zakończyła.

Osią filmu nie jest historia poszukiwania matki syna. Jest to opowieść o pogubionym mężczyźnie. Jego podróż to swojego rodzaju powrót do przeszłości. Spotykając kobiety niejednokrotnie przeżywa traumy. Widzi jak zmieniają się ludzie, jak toczą się losy kiedyś nam bliskich, albo i nie zbyt bliskich nam osób.

A gra aktorska? Dobra. Jim Jarmusch postarał się aby zgodnie z opisem filmu była to dramatyczna komedia. Jest coś do pośmiania coś do zadumy. Trochę psychologi. Piękne krajobrazy. Smaczku dodaje fakt, ze pojawia się tu sama Sharon Stone.

Film warto obejrzeć, aby chwilę zwyczajnie się zadumać, a jeśli nie zadumać to przynajmniej popatrzeć jak zaskakujące może być życie. I jak za błędy z przed 20 lat można dostać z pięści w twarz.

piątek, 10 września 2010
Social netwoork czyli facebook w kinie

Społecznościówkomania dawnoi ogarneła nas bez reszty. Nie będziemy oceniać czy to pozytywne czy negatywne zjawisko. Moim zdaniem jezeli nie popadamy w jakieś manie i uzależnienia to służa zgodnie z pierwotnym przenaczeniem dobrej wierze.

Podobnie jak nk.pl - najpopularniejsza Polska społecznościówka, równieżi Facebook powstał w podobny sposób. Założyli ją młodzi ludzie i tak od pucybuta do milionera.

Zuckerberg, jako student Uniwersytetu Harvarda, 4 lutego 2004 stworzył wraz z grupą studentów serwis społecznościowy on-line Facebook, w ramach którego zarejestrowani użytkownicy mogą odszukiwać i kontynuować szkolne znajomości oraz dzielić się wiadomościami i zdjęciami. Utworzenie kodu źródłowego strony zajęło mu 2 tygodnie. Serwis bardzo szybko uzyskał ogromne zainteresowanie wśród studentów i osiągnął sukces na Harvardzie. Ponad 2/3 studentów zarejestrowało się na nowo powstałej stronie już w pierwszych 2 tygodniach jej funkcjonowania. Facebook rozwijał sie dość gwałtownie, część jego akcji wykupiłm potentat informatyczny Microsoft  i dzis jego wartość to ok. 15 mld $. W marcu 2008 autor portalu, 23-letni Mark Zuckerberg, plasując się na 735. miejscu rankingu Forbesa zestawiającego najbogatszych ludzi świata, został najmłodszym miliarderem świata (1,5 mld $).

Tyle wiemy. Na czym opierać się bedzie fabuła. Jak wynika  ztrailerów filmu nie na pieniądzach ale na kłótniach między założycielami. Ma buyć to Dramat Historyczny i Komedia w jednym. Za tym, ze będziemy czekać z wypiekami przemawia jeszcze jedno. Rezyser: David Fincher, autor Siedem czy Podziemnego Kręgu. Zachęcić ma tez to, że jedną z głównych - założyciela portalu Seana Parkera gra Justin Timberlake.

Na zachęte trailer:

 

A jesli o samą tematykę, jednak jakoś trudno przejść obok niej obojętnie. To ogromne pole do dyskusji. Wypowiem się może trochę inaczej. Obejrzyjmy i wyciagnijmy wnioski sami:

środa, 08 września 2010
Wrogowie Publiczni - godni następcy Ojca Chrzestnego

Po oJcu Chrzestnym trudno nakręcić dobry film gangsterski. Michael Mann podjął się tego trudnego zadania i wzioł na warsztat historię najsłynniejszego amerykańskiego gangstera lat 30. – Johna Dillingera, Wroga Publicznego nr.1. Ameryki. jego historia powszechnie znana. Kilkakrotnie aresztowany, za każdym razem uciekał, niekiedy brawurowo. Po licznych i spektakularnych napadach rabunkowych (głównie na banki) zastrzelony przez agentów FBI przy wyjściu z kina.

John Dillinger grany przez Johnny'ego Deppa główny bohater uciekał z najlepiej strzeżonych zakładów karnych USA, wyciągnął również na wolność swoich towarzyszy. W dalszej części filmu Dillinger okazuje się czułym, ale i bezwzględnym mężczyzną z zasadami. Jest również opanowany i niesamowicie pewny siebie. Melvin Purvis grany przez Christiana Bale policjant ścigający Dillingera. Za punkt honoru postawił on sobie wsadzenie uciekiniera do więzienia.

Postać kreowana przez Deepa to inteligentny i bardzo przebiegły człowiek. Mimo, że budzi sympatie nie pozostawia złudzeń zabija z zimną krwią. Jego drugie, lepsze oblicze ukazuje się głównie w kontakcie z wybranką serca Billie Frechette grana przez Marion Cotillard, która podobnie jak  Deep dzięki filmowi Tima Burtona "Duża ryba" rozpoczęła międzynarodowa kariera.

Przedstawiona Ameryka lat30. kobiety w długich szykownych sukniach, Panowie w kapeluszach, stylowe samochody.  Elegancja i wyrafinowanie o której ówczesna reszta świata nawet nie marzyła. Strzelaniny, pościgi, wiecznie udane akcje. W filmie Dillinger zabija gdy musi, wciąż pomaga swoim przyjaciołom gangsterom i kocha na zbój kobietę. Czy taki był pierwowzór? Mówi się, ze Deep mimo dobrej kreacji nie odzwierciedlił natury Dillingera. Ze jest za "miękki" do tej roli. Możliwe.

Fabuła dość prosta i niestety od początku czekamy na najgorsze, na to ze Dillinger wreszcie przegra walkę z przeznaczeniem. Tak sie oczywiście dzieje, ale nawet ten element przewidywalności nie przeszkadza nam w oglądaniu gdyż film jest tak nakręcony, obrazy tak żywe że akcja wciąga widza bez reszty. I do tego ta muzyka ( Elliot Goldenthal) stylowy jazz i współczesne dźwięki.  Na czas filmu przenosimy się do ameryki lat 30... Stylowej Ameryki lat 30.

 

Marzyciel

Magiczny film dla prawdziwych marzycieli oraz tych którzy pragną marzyć!

Sir James Matthew Barrie to szkocki dramaturg i powieściopisarz, który zasłynął na całym świecie jako autor sztuki i powieści pt. Piotruś Pan. O powstaniu tej powieści  traktuje Marzyciel.

Film nie odzwierciedla jednak całkowicie rzeczywistości. Jest jednak wiele elementów wspólnych.  zacznijmy zatem od początku: James Barrie (Johnny Depp) ma żonę Mary (Radha Mitchell), piękny dom. Jest popularnym pisarzem. jednak jego ostanie sztuki nie odnoszą sukcesów. Przeżywa chwilowe załamanie. podczas zabaw z psem w parku poznaje  Sylvię Llewelyn Davies (Kate Winslet) i jej czterech synów. Prawdziwa biografia wskazuje, że  james początkowo poznał 2 synów Sylvi bawiących się wraz z nianią w tymże parku.  Barrie bardzo zaprzyjaźnił się z chłopcami i ich matką. Sylvia należała do najlepszych przyjaciół Jamesa M. Barrie’ego. Tutaj tez możemy wskazać zasadniczą różnicę. Otóż biografia wskazuje iż Barrie przyjaźnił się z Sylivią jeszcze za życia jej męża, w filmie poznają się już po śmierci  Arthur Llewelyn. W filmie podobnie jak w życiu, na co wskazuje biografia James Marrie po śmierci Państwa Davies  staje się opiekunem ich dzieci.

Osią scenariusza jest przyjaźń Sylvi i Jamesa. Wokół której powstają liczne plotki. ponadto Barrie'go opuszcza żona. James natchniony niepotkaniami z synami Sylvi zaczyna pisać powieść, która w efekcie przyniosła mu światową sławę. Która pomimo tematyki i przedstawionego Świata Nibylandii od początku wywołuje zachwyt.

Przyjaźń Jamesa i Sylvi jest wręcz mistyczna. Nie ma tutaj wątków wskazujących na ich związek na tle seksualnych. jest przyjaźń. Widz sam musi odpowiedzieć sobie an pytanie: czy wierzy że między mężczyzna a kobietą możliwa jest czysta przyjaźń.

O fantastycznej kreacji Johnego nie sposób nie wspomnieć. Jak zwykle zachwyca. Oglądając jego kreacje mam wrażenie, że nawet gdyby zagrał słup soli zrobiłby to doskonale. Partnerująca mu Kate Winslet z wielką gracją i charakterystycznym sobie wdziękiem odegrała swoją rolę matki, przyjaciółki. Kobiety której życie nie rozpieszcza, która nawet mimo choroby jest dobra i ciepła.

O śweiności filmu może swiadczyć 6 nominacji do Oskara w 2005roku, za najlepszy film, dla najlepszego aktora pierwszoplanowego, Najlepszy Scenariusz Adaptowany, Najlepszą Scenografię, Najlepsze Kostiumy, Najlepszy Montaż.Na nominacjach się nie skończyło. Oskara za muzykę do filmu otrzymał Jan A.P. Kaczmarek.

Magiczny film dla prawdziwych marzycieli oraz tych którzy pragną marzyć!

 

 
1 , 2