3,2,1... przenosimy się do świata filmu! Proszę się nie zdziwić, gdy: a będę wciąż i wciąż adorować Johnego Deppa b nie będę adorować Toma Cruise c będzie trochę plotek -w końcu jestem baba żyjąca w świecie ogarniętym Pudelkomanią START!
Blog > Komentarze do wpisu
Broken flowers czyli jak za błędy z przed 20 lat można dostać z pięści w twarz

Szczęścia nie odnalazł to wiemy. Ale może właśnie to szczęście, którego szukał nie było tym, które było mu potrzebne? No trochę to filozoficzne. Wyświechtane i takie no "ponadczasowe paplanie" się robi, gdy zaczynamy o tym pisać, a co gorsza czytać. Ale właśnie taka myśl przyszła mi po obejrzeniu tego filmu.

Don Johnston (nie mylić z Donem Johnsonem) jest  hm... no na pewno kawalerem. Na pewno bogatym kawalerem, który dorobił się na komputerach nie posiadając w domu nawet jednego egzemplarza. Pewnego dnia, a właściwie w dniu gdy opuszcza go ostatnia narzeczona, otrzymuje anonimowy list. Dowiaduje się z niego, że ma 19-letniego syna. List nie jest podpisany a jedyne tropy, które mogą mu pomóc dotrzeć do niego i jego matki to to, że pisany jest różową czcionka, maszyną do pisania i zapakowany w różową kopertę.

Na pomysł odnalezienia syna nie wpada sam. Pomocny okazuję się być jego przyjaciel Winston (Jeffrey Wright) detektyw z zawodu i zamiłowania. Odnajduje adresy byłych "narzeczonych" Dona, ma to pomóc w odnalezieniu tej właściwej, będącej matka jego syna. Odwiedza on w sumie 5 pięknych kobiet, którym nie zawsze może się oprzeć. Wraca. Gdy już się poddał spotyka chłopaka, który w jego mniemaniu jest poszukiwanym synem. Ale czy to on? Odpowiedzi ja to pytanie nie poznajemy. Film właściwie nie ma zakończenia. Sami zastanówmy się jakbyśmy chcieli aby historia się zakończyła.

Osią filmu nie jest historia poszukiwania matki syna. Jest to opowieść o pogubionym mężczyźnie. Jego podróż to swojego rodzaju powrót do przeszłości. Spotykając kobiety niejednokrotnie przeżywa traumy. Widzi jak zmieniają się ludzie, jak toczą się losy kiedyś nam bliskich, albo i nie zbyt bliskich nam osób.

A gra aktorska? Dobra. Jim Jarmusch postarał się aby zgodnie z opisem filmu była to dramatyczna komedia. Jest coś do pośmiania coś do zadumy. Trochę psychologi. Piękne krajobrazy. Smaczku dodaje fakt, ze pojawia się tu sama Sharon Stone.

Film warto obejrzeć, aby chwilę zwyczajnie się zadumać, a jeśli nie zadumać to przynajmniej popatrzeć jak zaskakujące może być życie. I jak za błędy z przed 20 lat można dostać z pięści w twarz.

niedziela, 12 września 2010, zanusia87

Polecane wpisy

Komentarze
ajar63
2010/09/13 17:26:59
Recenzja mnie zainteresowała i już dodaję film, do mojej listy tych pozycji, które chcę w przyszłości zobaczyć.